demakijaż denko Evree krem makijaż Nivea oczyszczanie pielęgnacja Sephora włosy

Wykończeni #5 / Mega denko

Witajcie Moi Drodzy!
Choć za oknem w końcu zimowa aura, tęskno mi już do wiosny, zieleni, kwiatów oraz… wiosennych porządków! Zgromadziłam sporo opakowań po zużytych kosmetykach, podzielę się więc z Wami opinią o nich i z przyjemnością się pozbędę. 😉 Będzie pielęgnacja i makijaż, twarz i ciało, więc zapraszam!

Zima i czapki oznaczają, ze moje cienkie włosy nie wyglądają dobrze i w ruch często idą suche szampony – mniej po to, by odświeżyć fryzurę, a bardziej po to, by dodać włosom objętości.
Moim ulubionym tego typu produktem w chwili obecnej jest Batiste, koniecznie w wersji Heavenly Volume. Odświeża, dodaje włosom objętości i lekko usztywnia. Ulubieniec! Niegdyś lubiany przeze mnie suchy szampon rossmannowej marki Isana niestety spisał się kiepsko – nie bielił wprawdzie włosów, ale też nie robił wiele poza tym. Zwyczajnie nie spełnia dobrze swojej roli.
Lepiej spisywał się szampon Schwartzkopf z serii Got2b. Miał przyjemny egzotyczny zapach i działał, ale mam wrażenie, że matował włosy mocniej niż Batiste i czasem przy pospiesznej aplikacji, zdarzało mi się odkrywać później na swojej głowie siwą plamę. Kupiłam w promocji, a cena regularna jest zbliżona do Batiste, więc nie kupię go ponownie.
W ostatnim czasie „wykończyłam” też jeden z moich ulubionych toników – Normaderm Vichy, a przy okazji tego wpisu odkryłam, że w kartonie czeka już na recenzję opakowanie po poprzednim. Od razu muszę zaznaczyć, że jest to tonik z alkoholem, przeznaczony do cery trądzikowej. Przez to jednak, ze zawiera też glicerynę, nie przesusza nadmiernie mojej skóry.
Pomaga w utrzymaniu skóry w czystości, dezynfekuje, przyspiesza gojenie niedoskonałości i zapobiega powstawaniu nowym. Być może jest to zasługa obecnego w składzie kwasu glikolowego. Nie używam go codziennie, jedynie od czasu do czasu przy wieczornej pielęgnacji lub przemywam nim tylko okolice, gdzie najczęściej pojawiają się u mnie niedoskonałości. Zużyłam już wiele opakowań i polecam kupować go w aptekach internetowych, bo jest dużo tańszy.
Pierwszym z produktów do mycia ciała, który zużyłam, jest żel pod prysznic Palmolive w wersji z olejkiem ze słodkich migdałów. Gigantyczne opakowanie 750 ml z wygodną pompką kupiłam w promocji za zaledwie 11 zł. Nie jest to żadne odkrycie – ot przeciętniak – dobrze się pieni, jest bardzo wydajny, nie przesusza nadmiernie skóry, ale też jej nie nawilża. Pewnie jeszcze nie raz go kupię, bo mam słabość do jego zapachu, który jest słodki, ale też świeży i nieprzytłaczający.
Drugim kosmetykiem do mycia jest Olejek Do Kąpieli marki Bielenda. Produkt przyjemny, ale nazwanie go olejkiem to przesada – jest to raczej żel i ma w składzie SLS. Zawiera olejki marula, makadamia i kukui, delikatnie się pieni, ale spodziewałam się faktycznie olejku, który będzie tworzył emulsję na skórze i sprawi, że nie będę musiała po myciu nawilżać skóry, dlatego nie spełnił moich oczekiwań.

 

W ostatnim czasie zużyłam też dwa produkty do demakijażu marki Nivea. Oba bardzo lubię i z pewnością kupię ponownie. Płyn dwufazowy świetnie zmywa nawet wodoodporny makijaż i z kilku wypróbowanych przeze mnie drogeryjnych „dwufazówek” jest najskuteczniejszy. Mleczko do cery normalnej i mieszanej wprost uwielbiam – pięknie pachnie, jest gęste i bardzo skuteczne, a przy tym nie podrażnia skóry, nawet wokół oczu. Lubię podczas demakijażu masować nim skórę, a potem zmyć na mokro ciepłą szmatką do twarzy. Skuteczne i relaksujące.
Pisząc o marce Nivea dodam tylko, ze zużyłam (nie pierwsze) opakowanie Lekkiego Kremu Odżywczego tej marki z serii Nivea Care. Bardzo go lubię i serdecznie polecam, jeśli jesteście ciekawi mojej opinii, zapraszam do posta, którego był bohaterem – kliknijcie TU.
Chusteczki marki Sephora z wyciągiem z róży niestety średnio się u mnie sprawdziły – nie zmywały całego makijażu, a dla okolicy oczu były zbyt drażniące. Pięknie pachniały, ale na pewno nie kupię ponownie, zwłaszcza, że są dość drogie. Nie polubiłam także jaśminowego płynu micelarnego Ziaja – jest delikatny i zawiera naturalne wyciągi i dobre dla skóry składniki, ale zwyczajnie nie spełnia swojej roli – jest nieskuteczny nawet w demakijażu twarzy. Nie polecam.
Ponieważ uwielbiam tonik różany marki Evree skusiłam się na jego „brata” przeznaczonego do cery z niedoskonałościami – Odświeżający Hamamelisowy tonik do twarzy w wersji mini. Jest równie przyjemny w stosowaniu, pachnie zieloną herbatą, ale w przeciwieństwie do różanego, zawiera alkohol i nie działa tak kojąco na skórę. Oczekiwanego efektu matującego też nie odnotowałam, pozostanę więc przy moim różowym ulubieńcu.
W kategorii nawilżania ciała zdenkowałam dwa produkty. Pierwszy to balsam do ciała Avon z masłem kakaowym i witaminą E. Miał przyjemny słodki kakaowy zapach, ale składników, którymi chwali się producent na opakowaniu, jest w nim niewiele, bazuje za to na oleju mineralnym, glicerynie, sylikonie i pochodnych olejów mineralnych. Jest lekki i szybko się wchłania, ale nawilża bardzo kiepsko. Nie mam wymagającej skóry, ale po nałożeniu tego balsamu, nakładałam go ponownie, a efekt był i tak mizerny. Jest bardzo tani, a jego jakość jest adekwatna do ceny, niestety.
Drugi z balsamów spisał się na szczęście znakomicie – balsam Evree Max Repair poza tym, że skład ma ciekawy, mi. z olejkami ze słodkich migdałów, słonecznikowym, arganowym, masłem shea, to działa rewelacyjnie. Ma kremową, dość gęstą jak na balsam konsystencję, ale szybko się wchłania i pozostawia skórę wyraźnie odżywioną. Za kilkanaście złotych dostajemy aż 400 ml produktu. Jedyne, co mogę mu zarzucić, to że dość intensywnie pachnie, choć jest to zapach przyjemny, oraz opakowanie, z którego ciężko wydobyć resztkę gęstego balsamu. Wybaczam mu to i na pewno jeszcze do niego wrócę.
Na koniec, na deser, dwa kosmetyki do makijażu:
Nawilżająca baza pod makijaż Make-Up Academie marki Bielenda naprawdę świetnie się u mnie sprawdziła i jest pierwszą bazą, której używałam na co dzień. Rzeczywiście odczuwalnie nawilżała skórę, dając jej komfort przy używaniu ciężkiego podkładu (Revlon Colorstay). Ma przy tym ładne i higieniczne szklane opakowanie z pompką, ciekawą formę perełek zawieszonych w żelu i bardzo przyjemny zapach. Zawiera glicerynę i ekstrakt z kawioru, ale też silikony i inne syntetyczne składniki, dlatego pewnie po nią nie sięgnę, choć zużyłam z przyjemnością.

 

Na koniec – absolutny bestseller i hit marki Make Up For Ever – puder sypki HD. Miniatura, którą kupiłam, zawiera aż 4 g produktu i wystarczyła na bardzo długo. Puder jest drobno zmielony, ładnie optycznie wygładza twarz, ale nie sięgnę już po niego z dwóch powodów: po pierwsze mimo ładnego scalania makijażu kiepsko się u mnie trzymał, bo słabo matował cerę, a po drugie nałożony gęstym pędzlem lub gąbką powodował widoczne rozbielenie skóry np. pod oczami. Z pewnością sprawdzi się lepiej u osób ze skórą normalną, dla mojej mocno przetłuszczającej się nie był najlepszy.
To wszystko na dziś. Barwa dla tych, którzy dobrnęli ze mną do końca!
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa

Zostaw komentarz

Komentarze (2)

Zostając na tej stronie godzisz się na używanie plików cookies! Więcej informacji

Dowiedz się więcej o plikach cookie na wszystkoociasteczkach.pl.

Zamknij